|
Bo świat nie kończy się na piłce ... on się na niej zaczyna ...
Blog > Komentarze do wpisu
Cudu nad Dunajem nie było
Przed ostatnią kolejką sytuacja wyglądała klarownie: niezależnie od wyników Chorwaci zajmowali w grupie pierwsze miejsce, na drugą pozycję największe szanse mieli Niemcy, którzy nie oglądając się na inne wyniki, musieli wygrać swoje spotkanie. Polaków i Austriaków zwycięstwa nie zadowalały, potrzebne im jeszcze były korzystne rozstrzygnięcia w równoległym spotkaniu. Faworyci jednak swoje mecze wygrali zgodnie po 1:0 i to oni, kosztem biało-czerwonych i współgospodarzy turnieju, zameldowali się w fazie pucharowej. Przed meczem oszukiwaliśmy się i wierzyliśmy – że pewni swego zawodnicy z Bałkanów wystawią drugi garnitur, że Austriacy wyprują sobie żyły, żeby tylko pokonać brązowych medalistów ostatniego mundialu, że w końcu podopieczni Beenhakkera wzniosą się na wyżyny umiejętności i pokonają buńczucznych Chorwatów. Po raz kolejny brutalna łapa rzeczywistości boleśnie sprowadziła jednak kibiców futbolu nad Wisłą na ziemię. Polacy nie umieli poradzić sobie z chorwackimi rezerwowymi, a w Wiedniu Austriacy nawet przez chwilę nie mieli w garści naszych zachodnich sąsiadów. Ostatni mecz na Euro znów rozpoczęliśmy w mocno przemeblowanym składzie. W wyjściowej jedenastce holenderski szkoleniowiec znalazł miejsce dla Rafała Murawskiego, Jakuba Wawrzyniaka i Wojciecha Łobodzińskiego. Żaden z nich jednak nie zachwycił, żaden nie zaprezentował nawet procenta z tak lubianego przez Beenhakkera „international level”, a ponieważ do ich gry dostroili się pozostali reprezentanci już po kwadransie meczu wiadomo było, że tego dnia nic w Klagenfurcie nie zwojują. Grający na luzie Chorwaci praktycznie na nic nie pozwoli szamotającym się bezradnie od pierwszej minuty spotkania Polakom. Sprawniej operowali piłką, dokładniej wymieniali ją między sobą, mijali naszą defensywę w pojedynkach jeden na jeden. Byli szybsi, sprytniejsi, dokładniejsi. Wygrali zasłużenie, choć na zwycięstwie nie zależało im tak bardzo jak nam. To my przystępowaliśmy do tego meczu z nożem na gardle, to dla nas był ostatnią szansą, żeby jeszcze ugrać coś na Euro i to my musieliśmy zdobyć w nim komplet punktów.
Nie zdobyliśmy ani jednego, bo wyszliśmy nastawieni na rywali bojaźliwie, ze strachem w oczach, z niewiarą we własne umiejętności. Z tymi samymi przywarami, którymi raziliśmy we wcześniejszych spotkaniach z Austrią i Niemcami. Z grą, jaką zaprezentowaliśmy uratować nas mógł tylko cud, bo żadne racjonalne przesłanki nie pozwalały widzieć nas w roli faworytów spotkania. Zmęczeni, stłamszeni, gasnący w oczach – tacy byli Polacy w meczu z Chorwacją. Tacy też byli po meczu, kiedy ze spuszczonymi głowami schodzili do tunelu szatni na stadionie w Klagenfurcie. Nic ich nie usprawiedliwia, bo na całej imprezie nie zagrali ani jednego dobrego spotkania, nie mieli żadnego przebłysku, byli rzemieślnikami, którzy wyrwani siłą z innej bajki, nagle znaleźli się w otoczeniu wirtuozów. Wirtuozów (tak, tak, nawet w meczu z Austriakami, rywale długimi momentami grali z nami jak profesor z uczniakiem), którzy w dodatku wytykali Polaków palcami, przez co ci zawstydzeni chowali się w kącie, tracąc jedyny atrybut, którego w eliminacjach do Euro nikt nie potrafił wytrącić im z ręki – ambicję i walkę. Żeby nie było tak szaro i smutno, uczciwie trzeba przyznać, że w kadrze trzech zawodników biło na głowę pozostałych: Boruc chyba na dobre udowodnił swoją przynależność do światowej czołówki, a po meczach grupowych z czystym sumieniem można namaścić go najlepszym bramkarzem tej fazy turnieju. Roger pokazał, że techniką i kreatywnością żaden z dotychczasowych reprezentantów nawet nie może próbować mu dorównać, a Marek Saganowski jako jedyny zadziornością, walecznością i przygotowaniem fizycznym próbował we wszystkich meczach przeciwstawić się agresywnej grze rywali. Dla tych trzech panów brawa. Ale co z pozostałą dwudziestką, która do Austrii i Szwajcarii przyjechała na wycieczkę? … poniedziałek, 16 czerwca 2008, ja_zy
|
Ostatnie wpisy
|