Bo świat nie kończy się na piłce ... on się na niej zaczyna ...
piątek, 29 stycznia 2010

Reaktywacja, tyle że w nieco innym miejscu. Otóż, oznajmiam wszem i wobec, że moja przygoda z Bloksem właśnie dobiega końca. Po prawdzie, już od kilku miesięcy moje notki w tym blogu pojawiają się sporadycznie, z dniem dzisiejszym kończę jednak publikacje w blogosferze „Gazety” na dobre.

Nie oznacza to bynajmniej, że całkowicie rezygnuję z przyjemności publikowania w sieci swoich materiałów. Przenoszę się jedynie w inny zakątek internetowego eteru. Od teraz możecie mnie czytać (do czego zresztą bardzo serdecznie zapraszam) na moim nowym blogu „Na spalonym”.



Dodatkowo zachęcam do odwiedzin moich mikroblogów zlokalizowanych na twitterze:
na_spalonym (tylko i wyłącznie o futbolu) i tennisowo (jak sama nazwa wskazuje poświęconym najszlachetniejszemu ze sportów indywidualnych :)


Na spalonym – odwiedź mnie teraz!

piątek, 11 września 2009

Pamiętacie lipiec 2006 roku i podpisywany w błysku fleszy kontrakt PZPN-u z Leo Beenhakkerem, namaszczający go na selekcjonera naszej reprezentacji? Rozpromieniony Holender, mający za sobą poparcie całej opinii publicznej, uśmiechnięty Michał Listkiewicz, świadom misji, którą przyszło mu czynić dla dobra polskiego futbolu. I tylko działacze piłkarskiej centrali z niesmakiem obserwowali całe show: Lato, Kręcina, Piechniczek i ich poplecznicy od początku byli przeciwni tej nominacji, próbowali przekonywać o wyższości polskiej myśli szkoleniowej nad tą, którą preferował przybysz z Zachodu. A Beenhakker niestrudzenie robił swoje, po raz pierwszy w historii wprowadził biało-czerwonych do finałów Euro, a mając przeciwko sobie większość działaczy z Miodowej starał się mimo wszystko czynić jak najwięcej dla dobra naszej piłki.
Piechniczki, Engele i Laty pochowali się po kątach i spokojnie czekali na rozwój sytuacji. Antypatia nigdy nie przerodziła się w miłość, a kiedy król strzelców mundialu ’74 wybrany został na prezesa PZPN-u jasnym było, że posada holenderskiego internacjonała jest mocno zagrożona. Lato nie atakował od razu, poczekał na to, aż Beenhakkerowi powinie się noga i swego doczekał się w Mariborze. Upokarzająca porażka Polaków przesądzała o tym, że Leo pożegna się z naszą kadrą. Okoliczności w jakich nastąpiła dymisja wołają jednak o pomstę do nieba.
Najpierw, bezpośrednio po meczu ze Słoweńcami, Lato wypalił do kamer nSportu, że Beenhakker z końcowym gwizdkiem spotkania przestał być selekcjonerem. Następnego dnia, kiedy emocje opadły, prezes przepraszał (tym razem w TVP Info), mleko zostało już jednak rozlane. Holender długo nie kazał czekać na ripostę. W swoim rodzinnym kraju udzielił wywiadu, w którym żalił się na Latę i jego pomocników, na deser zaś powiedział wprost: Prezes PZPN zareagował pod wpływem emocji, bo chyba trochę za dużo wypił. Nie zmienia to faktu, że jestem w Polsce skończony. W innej wypowiedzi – tym razem dla naszego Przeglądu Sportowego – nie wahał się znów zaatakować swojego dotychczasowego zwierzchnika, twierdząc wprost, że po meczu ze Słowenią Lato wspólnie ze Zdzisławem Kręciną i Adamem Olkowiczem przyszli do szatni tak pijani, że ledwo trzymali się na nogach. Akurat to dziwić nie powinno: po pierwsze jaki ukryty cel miałby Beenhakker, aby bez powodu szkalować jednych z najważniejszych ludzi polskiego futbolu, po drugie: prezes znany jest z tego, że za kołnierz raczej nie wylewa. Lato nieudolnie (czyli dokładnie tak samo, jak wypowiada się przed kamerami i zachowuje na salonach) próbował się odgryzać: że Beenhakker chyba musiał być pijany, że Holender jest … stary (to „najlepszy” zarzut), że nie potrafi kierować kadrą i że ogólnie jest do niczego. Cała sytuacja przerodziła się więc w żenującą farsę. Bo z Leo należało rozwiązać kontrakt, należało pożegnać się z nim przed zakończeniem eliminacji, nawet kosztem wypłaty wysokiej rekompensaty. Ale też należało uczynić to w cywilizowany sposób – najpierw obwieścić to samemu zainteresowanemu, dopiero potem podzielić się ze wszystkim z mediami. Lato pod wpływem emocji (czy aby tylko?) obrał jednak inną strategię. Cóż, po raz kolejny z butów wystała mu słoma.

środa, 09 września 2009

Wprawdzie po kompromitującej porażce ze Słowenią matematycznie wciąż mamy szanse na baraże, nikt przy zdrowych zmysłach, kto widział jak prezentowali się w Mariborze biało-czerwoni nie ma chyba jednak złudzeń – walka o mundial zamknęła się dla nas na dobre. Dogonienie Słowacji jest już nierealne, nasi niedoceniani sąsiedzi z południa uciekli nam na osiem punktów, na drugą lokatę na finiszu szanse wciąż jednak są. Bardziej realne jednak, że zostaniemy już na piątym miejscu w tabeli, na którym usadowiliśmy się po dzisiejszym blamażu. Wszak o zdobycz w Pradze i w kończącym eliminacje boju ze Słowacją będzie piekielnie trudno.
Dziś w Mariborze podopieczni Beenhakkera skompromitowali się na całej linii. Rywale, nie najwyższych przecież lotów – ot, tacy solidni rzemieślnicy – przewyższali nas w każdym elemencie gry. Byli szybsi, bardziej zwrotni, skakali wyżej, podawali celniej. W każdej akcji byli o pół sekundy przed Polakami, o pół metra przed nimi. Słoweńcy nie zachwycili, zagrali po prostu futbol wyrachowany, w pełni obnażający wszystkie braki naszej przypadkowej kadry.
Na wyciąganie konsekwencji po fatalnych eliminacjach przyjdzie jeszcze czas. Z pewnością z posadą pożegna się Leo Beenhakker, dla którego trenerska przygoda z naszą piłką szybkimi krokami zbliża się ku końcowi. Następca holenderskiego internacjonała (ktokolwiek nim będzie) zrezygnuje z kilku zawodników, którzy obecnie stanowili trzon kadry. W reprezentacji dogorywają Krzyżówek, Żewłakow, nigdy niespełniony w niej Bosacki, być może pogrążony w kryzysie Boruc. Kolejka tych, którzy w koszulce z białym orzełkiem nie wystąpią już nigdy, lub wystąpić nie powinni, jest bardzo długa.
Nad zmianami personalnymi zastanawiał się będzie kolejny selekcjoner (Smuda? Majewski? A może Skorża, albo będący ostatnio w cieniu Michniewicz?), najważniejsze że takowe ruchy są w tej kadrze niezbędne. Grupa, która w dużej mierze zapewniła nam udział w Euro 2008 i poprzednich finałach mundialu już się wypaliła, to starta talia kart niezdolna do wspięcia się na szczyt. Niezdolna nawet to zaprezentowania się na przyzwoitym poziomie. Jakim cudem można było liczyć na wygranie kwalifikacji, skoro we wszystkich ośmiu meczach zagrało się jeden naprawdę dobry mecz (2:1 z Czechami w Chorzowie)? Jakim prawem mieliśmy nadzieję na końcowy sukces, skoro w każdym meczu zawodził golkiper numer jeden? Skoro jego konto obciąża przynajmniej kilka bramek w tych eliminacjach? Polacy jak najbardziej zasłużenie pożegnali się z afrykańskim mundialem, nie mieli żadnych argumentów, żeby poskromić średniaków europejskiej piłki. Z formą jaką zaprezentowali w Mariborze mogą co najwyżej chełpić się wygraną nad San Marino, a nie marzyć o spektakularnym wyniku w wyścigu o Puchar Świata.

wtorek, 08 września 2009

Po wczorajszej eurobasketowej wygranej biało-czerwonych nad Bułgarią z zachwytu bynajmniej nie piałem. Owszem, cieszyłem się jak każdy kibic cieszy się z sukcesu swojej reprezentacji, doceniłem pierwsze od dwunastu lat zwycięstwo Polaków w mistrzostwach Starego Kontynentu – mecz z Bułgarami oglądałem jednak z mieszanymi uczuciami. Bo oto z jednej strony wybrańcy Muliego Katzurina zaserwowali nam pokaz znakomitej gry w ofensywie (świetni Logan, Koszarek, Ignerski i Lampe), raz po raz dziurawiąc kosz rywali, z drugiej jednak – obronę mieli niczym ser szwajcarski, niemal jak rozbełtane masło, w które z łatwością i swobodą wjeżdżały bułgarskie paluchy. Południowcy krzywdy nam na szczęście nie wyrządzili, bo jak na południowców to w grze w piłkę rzucaną nad obręcz spisują się delikatnie mówiąc nieszczególnie. Zwycięstwo było więc sukcesem, czymś więcej niż tylko maleńkim sukcesikiem, nie zwiastowało jednak rewolucji. Już w sparingach przed Eurobasketem naszą piętą achillesową była defensywa. Polacy mieli czas na poprawienie pewnych schematów, na wyeliminowanie pojedynczych niedociągnięć, gry w obronie w czasie kilkutygodniowego obozu nie mogli się jednak nauczyć od podstaw. Nasz rodzynek w NBA, Marcin Gortat zaklinał się wprawdzie, że gra defensywna jest stale poprawiania, że efekty widoczne są z dnia na dzień, mało kto jednak dawał wiarę tym słowom, widząc jak najsłabsza drużyna turnieju wygrywa z nami walkę pod tablicami.
Dlatego mimo uradowanej duszy, z ogromnymi wątpliwościami (i co by nie mówić strachem) wyczekiwałem dzisiejszej potyczki z Litwinami – trzykrotnymi brązowymi medalistami Igrzysk Olimpijskich, czwartą drużyną olimpijskiego turnieju w Pekinie!
Nasi mieli prawo przegrać. Gdyby po walce opuszczali Halę Stulecia pokonani, ale z podniesionymi głowami i w przeświadczeniu, że zagrali najlepiej jak potrafili, nikt nie miałby do nich najmniejszych pretensji. Gortat i spółka uczynili jednak coś niezwykłego, coś co jeszcze kilka godzin temu wykraczało poza widnokrąg myślenia przeciętnego koszykarskiego kibica nad Wisłą. Pokonali jedną z najlepszych reprezentacji świata, Litwę! Nie wygrali z nimi, ale pokonali ich! Niemal przez cały mecz to Polacy dyktowali warunki, to oni narzucali tempo gry, to oni prowadzili wynik i dominowali. Tak grających biało-czerwonych chciałoby się oglądać zawsze. To nic, że w szeregach rywali zabrakło aż trzech pierwszopiątkowych zawodników, oni nawet wystawiając trzeci garnitur i tak jeszcze niedawno pokonywaliby nas z dziecinną łatwością. Na szczęście w epoce Eurobasketu 2009 ten stan rzeczy uległ diametralnej zmianie – Bogu dzięki nie jesteśmy już chłopcami do bicia.
Przed nami jutro kolejny szalenie ciężki bój, tym razem z Turkami. Z tymi samymi, którzy w letnich sparingach pokonali nas towarzysko w Londynie. Paradoksalnie, tamten przegrany mecz napawa jednak optymizmem … Polacy niemal przez całe spotkanie znajdowali się wówczas na prowadzeniu, pokazali jak rozszyfrować turecką maszynę. W stolicy Królestwa zabrakło zimnej krwi i zimnych głów w końcówce. Jeśli jutro historia się nie powtórzy, za niecałą dobę cieszyć będziemy się mogli z trzeciej kolejnej wygranej chłopców Katzurina w kontynentalnym czempionacie.
A potem już druga runda. I Słowenia, Hiszpania i Serbia ... A potem …

poniedziałek, 07 września 2009

wtorek 8 września (godz. 12.20) Unibet 1. liga: Widzew Łódź – KSZO Ostrowiec Św.

wtorek  8 września (godz. 18.30) NA ŻYWO
Eliminacje Młodzieżowych ME: Polska – Finlandia

środa 9 września (godz. 17.15) NA ŻYWO Eliminacje MŚ: Czechy – San Marino

środa 9 września (godz. 20.25) NA ŻYWO w TVP 1
Eliminacje MŚ: Słowenia – Polska

środa 9 września (godz. 20.35) NA ŻYWO Eliminacje MŚ: Irlandia Północna – Słowacja


czwartek 10 września (godz. 12.30) Eliminacje MŚ: Węgry – Portugalia
czwartek 10 września (godz. 14.20) Eliminacje MŚ: Rumunia – Austria
czwartek 10 września (godz. 16.10) Eliminacje MŚ: Serbia – Francja

sobota 12 września (godz. 12.50) NA ŻYWO
Unibet 1. liga: KKS Kluczbork – Górnik Zabrze
niedziela 13 września (godz. 11.50) NA ŻYWO
Unbet 1. liga: Flota Świnoujście – Stal Stalowa Wola

czwartek, 03 września 2009

Wesley Sneijder i Arjen Robben – używając wysublimowanej terminologii – pod koniec sierpnia poproszeni zostali przez władze Realu (czytaj: Florentino Pereza) o opuszczenie Madrytu i poszukanie sobie nowego miejsca pracy. Holenderscy skrzydłowi prośbę nakaz spełnili niechętnie, obaj żywili nadzieję na zaistnienie w galaktycznej drużynie, w szerokiej kadrze widział ich również Manuel Pellegrini. Nic to jednak, skoro nie pasowali oni do ogólnej koncepcji kosmicznego teamu urojonego w głowie potężnego Pereza.
Za Sneijdera Królewscy skasowali od Interu 15 milionów euro, jego rodak kosztował Bayern dziesięć milionów więcej. W ten sposób Real przewietrzył szatnię, a przy okazji podreperował nadwątlony letnim szaleństwem zakupów budżet. Holendrzy z Madrytu przeprowadzali się niechętnie, ale w nowych miejscach szybko udowodnili, że są piłkarzami najwyższej światowej klasy. Debiutowali ledwie kilka dni po transferach, nie znając nowych kolegów z drużyny, nie przeprowadzając z nimi żadnego treningu (Sneijer o taktyce Interu powiadomiony został przez Jose Mourinho … sms-em). W dodatku ich inauguracje występy w nowych barwach przypadły na szalenie trudne spotkania: pogrążeni w marazmie Bawarczycy mierzyli się z mistrzem kraju, Wolfsburgiem, a Inter rywalizował w derbach z odwiecznym rywalem, Milanem. Obaj skrzydłowi pokazali jednak klasę, walnie przyczyniając się do wysokich zwycięstw swoich nowych pracodawców. Inter zdemolował Rosso-nerrich 4:0, Bayern w niewiele mniejszym stosunku wypunktował Wilki (3:0). I Sneijder, i Robben z miejsca zaskarbili sobie serca kibiców. Pierwszy znakomicie regulował tempo gry i kierował poczynaniami konstelacji gwiazd nagromadzonej w szeregach mistrzów Włoch, drugiemu potrzeba było ledwie czterdzieści pięć minut, żeby w debiucie dwukrotnie wpisać się na listę strzelców. Obaj szybko zapomnieli o słonecznym Madrycie, o Perezie i tych, którzy pojawili się na Santiago Bernabeu w ich miejsce, z dziecinną łatwością aklimatyzując się w innych wielkich europejskich klubach. Póki co, w stolicy Hiszpanii też nikt nie wylewa za nimi łez. Real wygrał przecież z Deportivo i mimo, że w swoim debiucie w La Lidze Galaktyczni bis nie zachwycili, to w miarę pewnie zdobyli komplet punktów. Włodarze Realu bardziej niż z wyniku cieszą się jednak z ogromnego zainteresowania koszulkami i gadżetami z nazwiskami Cristiano Ronaldo, Kaki i Benzemy. Wszystkie wyprzedają się na pniu i są o wiele lepszym produktem marketingowym, niż te, które w ubiegłym roku miały nadruki z nazwiskami Robbena i Sneijdera. Holendrzy nigdy nie byli w tym zespole wiodącymi postaciami, w skali makro niewiele się dało na nich zarobić. Czyżby tylko dlatego zmuszeni byli do opuszczenia Madrytu?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37
statystyka
Blogi Sportowe